Recenzja: King of the dice - zaludnij swoje królestwo

Recenzja: King of the dice - zaludnij swoje królestwo

Historia zawarta w grze King of the dice zaczyna się otrzymaniem przez graczy tytułów królewskich najwspanialszych krain… nieco jednak zaniedbanych. Naszym zadaniem będzie je zaludnić. I zakransnoludzić. A nawet zatrollić. Krótko mówiąc musimy wypełnić je najróżniejszymi istotami, bo czymże jest królestwo bez poddanych. Problem w tym, że o względy mieszkańców okolicznych krain zabiega wielu władców. Grę wygra ten z Was, kto ściągnie do swojego królestwa najbardziej wartościowe osobowości. A wszystko to za pomocą kości.

Piękne królestwo

W pudełku znajdziemy talię 64 kart i kości. Kości jest sześć i są to niemal klasyczni przedstawiciele swojego gatunku (1-6) z tą różnicą, że na każdej z nich ścianki są w trzech kolorach - niebieskim, zielonym i czerwonym. Karty podzielone są na trzy typy: karty mieszkańców, karty wioski i karty kary. Pierwsze będziemy zbierać aby zaludnić nasze królestwo, drugie trafią do nas jak bonus podczas zdobywania mieszkańców, a trzecich się lepiej wystrzegać. Wszystko to znajdziemy w niedużym pudełku z bardzo ładnymi grafikami. Gra ma prześliczne ilustracje w humorystycznej konwencji. Bardzo miło się na nie patrzy. Na dużego plusa zasługuje też jakość kart. To jedne z najtrwalszych kart, jakie widziałem w grach - rewelacja.

Zaludniamy!

Grę zaczynamy od rozłożenia kart w odpowiednich stosach. Karty wioski dzielimy na typy (jest ich pięć) i układamy w osobnych stosach w rzędzie. Po ich lewej stronie w zakrytej puli kładziemy potasowane karty mieszkańców. Dociągamy pięć z nich i układamy po jednej tuż pod stosami kart wioski. Karty kary układamy w odkrytym stosie i kładziemy je po prawej stronie stworzonego przed chwilą obszaru gry. Przygotowujemy kości i zaczynamy zabawę.

Naszym zadaniem jest zdobyć jak największą ilość mieszkańców dla naszego królestwa. Jednak mieszkaniec mieszkańcowi nie równy - każdy z nich posiada pewną wartość punktową. Im trudniej zdobyć takiego łobuza, tym jest więcej warty. Pozyskiwanie mieszkańców będziemy przeprowadzać za pomocą kości. Każdy z graczy ma do dyspozycji trzy rzuty w swojej turze. Po każdym rzucie można odłożyć dowolną liczbę kości i przerzucić inne. Można również przerzucać odłożone wcześniej kości. Za pomocą całego tego turlania staramy się uzyskiwać układy widniejące na pięciu odsłoniętych kartach mieszkańców. Jakie to układy? Ano różne: konkretne układy wartości na kostkach, odpowiednia ilość kostek w przedstawionych kolorach, ciąg liczb czy minimalna wartość sumy wszystkich oczek. Kto miał wcześniej do czynienia z klasyczną grą w kości będzie się czuł jak ryba w wodzie. Zawsze pozostaje dylemat, czy ryzykować i próbować uzyskać trudniejszy układ za więcej punktów, czy na spokojnie ciułać mniejsze ale bezpieczniejsze karty? Smaczku dodają karty kary, które zdobywamy za każdym razem, kiedy po trzecim rzucie nie uda nam się uzyskać żadnego z zestawów na kartach. Wróćmy jeszcze do kart wioski. Wspominałem o tym, że pod każdym typem tych kart leży jedna karta mieszkańca. Jeśli uda się zdobyć kartę mieszkańca, która leży bezpośrednio pod kartą wioski w tym samym co ona kolorze - zbieramy obydwie karty. Jeśli zatem pod stosem z żółtymi kartami wioski znajdzie się żółta postać (elf), to po jej zdobyciu, jako bonus, otrzymujemy także wierzchnią kartę wioski. Można w ten sposób podnieść wartość potencjalnie słabej i łatwej do zdobycia karty, trzeba tylko poczekać na odpowiedni moment. A poczekać dlatego, że po każdej turze z rzędu mieszkańców ubywa jedna karta, którą uzupełnia się przesuwając wszystkie karty w prawą stronę i dokładając jedną z talii na początku rzędu. To sprawia, że karty się przemieszczają, a zatem jeśli w jednej turze w obszarze gry nie występuje żaden zestaw mieszkaniec + wioska, to nie znaczy, że za chwilę się nie pojawi. O czym warto jeszcze wspomnieć? Chociażby o tym, że niektóre karty, oprócz punktów, dają ciekawe bajery. Np. możliwość wykonania czwartego rzutu podczas najbliższej rundy (elf) albo sprezentowania przeciwnikowi ujemnych punktów (smok rządzi!). Całkiem cool są wróżki, których im jest więcej tym są więcej warte. Runda po rundzie w pocie czoła turlamy kostkami, tworzymy układy i budujemy lepszą przyszłość naszego królestwa. A wszystko to do momentu, w którym skończy się jedna z talii: mieszkańców, kar lub dowolny kolor kart wioski. Gra kończy się natychmiast po tym i następuje podliczanie punktów ze zdobytych kart. Następnie koronacja, fanfary i bicie pokłonów.


Świetna zabawa w króla

Kiedy King of the dice pojawiło się u nas, z miejsca stało się jedną z najczęściej rozkładanych gier. Najstarszy syn (7 lat) uwielbia ją z wzajemnością, bo gra odpłaca mu zawsze całą chmarą punktów i pewnym zwycięstwem. Taki urok tej gry - doświadczenie nie jest Ci potrzebne. Wystarczy dobry ogląd sytuacji i nieco szczęścia. Młodsza córka (4,5) też bardzo chętnie do nas dołącza i samodzielne rzucanie i kolekcjonowanie kart skutecznie wynagradzają jej to, że wszyscy przy stole sugestywnie doradzają jej co powinna zrobić. Gra jest szybka, emocjonująca i do tego prześliczna - sprawdzony przepis na dobrą zabawę. Bardziej zaawansowanym graczom może przeszkadzać losowość, ale tacy raczej nie biorą się za gry z kostkami w roli głównej.

Podsumowując: jeśli nie szukacie skomplikowanej gry strategicznej, nie przeszkadza Wam hazardowe zacięcie i nie macie alergii na smoki, ely i krasnoludy, powinniście spróbować King of the dice. Gwarantuję, że będzie wesoło i emocjonująco (szczególnie jak ktoś wlepi Wam smoka).

Grę znajdziecie tutaj.

Do następnego razu

Pan Felippe

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper Premium